Dane Tesli o FSD wywołały burzę. Eksperci kwestionują metodologię.

admin_panel_settings
Admin
2026-06-22 10:59:24
Nie chodzi o sam system, lecz o sposób prezentacji danych

Tesla ponownie znalazła się w centrum uwagi. Tym razem nie z powodu zasięgu, cen czy jakości wykonania samochodów, ale za sprawą danych dotyczących bezpieczeństwa systemu Full Self-Driving (FSD), które firma przedstawiła europejskim regulatorom.

Według ustaleń Reutersa niezależni eksperci zakwestionowali metodologię wykorzystaną przez Teslę do prezentowania skuteczności FSD. Nie zarzucają oni, że dane zostały sfałszowane, lecz wskazują, że sposób ich porównania mógł prowadzić do zbyt optymistycznych wniosków dotyczących bezpieczeństwa systemu.

Na czym polega problem?

Największe zastrzeżenia dotyczą sposobu porównywania statystyk. Tesla zestawiała wyniki pojazdów korzystających z FSD z ogólnymi statystykami wypadków drogowych w Stanach Zjednoczonych.

Zdaniem wielu specjalistów nie jest to porównanie w pełni miarodajne. W ogólnych statystykach znajdują się samochody o bardzo różnym wieku, poziomie wyposażenia, stanie technicznym oraz kierowcy o zróżnicowanym doświadczeniu. Tymczasem większość Tesli to nowoczesne pojazdy wyposażone w liczne systemy bezpieczeństwa, które same w sobie ograniczają ryzyko wypadku.

Oznacza to, że lepsze wyniki mogą wynikać nie tylko z działania FSD, ale również z konstrukcji pojazdu i profilu jego użytkowników.

Czy regulatorzy opierali się wyłącznie na danych Tesli?

Nie. To bardzo istotna kwestia.

Holenderski urząd RDW, który jako pierwszy w Europie dopuścił system FSD (Supervised) do użytku, podkreślił, że decyzja została oparta na własnych testach i procedurach homologacyjnych. Urząd zaznaczył, że materiały przedstawione przez Teslę nie stanowiły jedynej podstawy wydania zgody.

Dlaczego sprawa jest tak ważna?

Jeszcze kilka lat temu producenci reklamowali głównie moc silnika, osiągi czy zużycie paliwa. Dziś coraz częściej sprzedają oprogramowanie, które podejmuje decyzje wpływające na bezpieczeństwo jazdy.

Jeżeli producent twierdzi, że jego system jest bezpieczniejszy od człowieka, regulatorzy muszą mieć pewność, że wniosek wynika z rzetelnych, porównywalnych i niezależnie zweryfikowanych danych.

FSD nadal nie jest autonomiczną jazdą

Pomimo nazwy Full Self-Driving system Tesli w Europie pozostaje rozwiązaniem wymagającym stałego nadzoru kierowcy.

Kierowca musi obserwować drogę, trzymać ręce w gotowości i w każdej chwili przejąć kontrolę nad pojazdem. Odpowiedzialność za prowadzenie nadal spoczywa na człowieku, a nie na samochodzie.

To właśnie dlatego część europejskich regulatorów zwraca uwagę, że sama nazwa systemu może wywoływać u części użytkowników błędne przekonanie o jego możliwościach.

To problem całej branży, nie tylko Tesli

Sprawa wykracza daleko poza jednego producenta. Wraz z rozwojem samochodów definiowanych przez oprogramowanie coraz większego znaczenia nabiera sposób oceny ich bezpieczeństwa.

Dane prezentowane przez producentów są ważnym elementem procesu homologacji, ale nie mogą zastępować niezależnych badań i testów prowadzonych przez organy odpowiedzialne za bezpieczeństwo ruchu drogowego.

To właśnie od jakości tej weryfikacji będzie zależało zaufanie kierowców do kolejnych generacji systemów wspomagania i autonomicznej jazdy.

Warto również pamiętać, że sprawa nie oznacza, iż system FSD został uznany za niebezpieczny lub że Tesla świadomie wprowadziła regulatorów w błąd. Obecna dyskusja dotyczy przede wszystkim jakości i przejrzystości prezentowanych danych oraz standardów, jakie powinny obowiązywać wszystkich producentów rozwijających technologie autonomicznej jazdy.

W praktyce jest to sygnał, że wraz z rozwojem sztucznej inteligencji w motoryzacji rośnie znaczenie niezależnych testów i transparentności. Kierowcy będą oczekiwać nie tylko coraz bardziej zaawansowanych systemów, ale przede wszystkim wiarygodnych dowodów potwierdzających ich skuteczność i bezpieczeństwo. To właśnie od tego będzie zależeć zaufanie do samochodów przyszłości.

Dodaj komentarz